Wspomnienia

W czerwcu br. Komisja Historyczna – Upamiętniania Historii AK rozpoczęła realizację historycznego projektu „Wspomnienia”.

Projekt zakłada prezentację wspomnień żołnierzy Armii Krajowej, opisanych ich własnymi słowami, autentyczną i żywą relację z wojennych przeżyć.

Zapraszamy wszystkich chętnych do włączenia się do tego projektu. Jeżeli posiadają Państwo wspomnienia żołnierzy Armii Krajowej, którymi chcieliby się Państwo podzielić, prosimy o kontakt na maila:

kontakt@akrzeszow.pl

Zapraszamy do współpracy!

Wspomnienia Stanisława Puchalskiego ps. „Kozak”, 

żołnierza Oddziału Partyzanckiego NOW-AK „Ojca Jana”

Noc z 13 na 14 czerwca szybko minęła mi na patrolach. Utrudzony wróciłem do oddziału. Słońce zza horyzontu wyjrzało krwawe i jakby spłoszone skryło się jeszcze w unoszących się mgłach… Ale podnosiło się coraz wyżej. Cienie koron drzew padały na ziemię. Las nachmurzył się, pociemniał. Ptactwo leśne zwykle z rana nawołujące się i śpiewem witające nowy dzień, dziś milczy. Może spłoszone nieznanymi zjawiskami opuściło swe stałe siedlisko? Wstawał pogodny, skąpany w promieniach słońca pamiętny dzień 14 czerwca 1944 roku. Na przekór naturze rozpoczął się potężnym hukiem eksplodujących w lesie pocisków artyleryjskich, wybuchem granatów, których echo starego lasu potęguje i zlewa w jeden potężny grzmot. Grzmot ze zmiennym natężeniem, to się wzmaga, to cichnie, by za chwilę wybuchnąć z nową siłą.

Po takim przygotowaniu ogniowym do akcji włączają się karabiny maszynowe. Słychać serie z różnych kierunków, trudno ustalić z którego, gdzie trwa walka. Potężny grzmot, jakby wędrujący po lesie obsadzonym przez partyzantów. Takie odnosiło się wrażenie. Niemcy celowo wstrzeliwali się w cały teren broniony przez partyzantów, by zdezorganizować obronę i wywołać panikę wśród obrońców. „Konar” chodzi wolnym krokiem po linii obrony. Kontroluje stanowiska ogniowe partyzantów. Jednych chwali, inni muszą je umocnić. Niektórym poleca zmienić. Zbliżając się do mnie pyta: – „Kozak” ! Dlaczego stoisz? – A dlaczego pan chodzi? – odpowiadam pytaniem.

Stałem za grubym drzewem. Miałem lepszy wgląd na przedpole, lepsze warunki obserwacji. Po chwili słyszę głos por. „Kordiana”. – „Kozak”! Co widać na przedpolu? Co widać na przedpolu? „Kordian” okopał się kilka kroków za mną. Przytulony do matki-ziemi niewiele widział. Tylko od czasu do czasu przelatywała nad nami z charakterystycznym sykiem zabłąkana kula. I takiej kuli lekceważyć nie można. Minęło niewiele czasu i ponownie słyszę „Kordiana”: – „Kozak”! Co widać na przedpolu? – Nic nie widać – grzecznie informuję. Ale kiedy po paru zaledwie minutach „Kordian” zapytał, nie wytrzymałem nerwowo i odpaliłem mu: – Gówno widać!

Tą nieprzyzwoitą odpowiedzią wywołałem śmiech leżących w sąsiedztwie partyzantów. „Kordian” speszony zaczął tłumaczyć, że wstrzelał się w niego snajper, zakładając, że te zbłąkane kule kierowane są w niego. Nie posiadał dystynkcji, różnił się od innych tylko tym, że miał mundur i płaszcz żołnierski, a na głowie żołnierską czapkę polówkę. Stąd błędny wniosek. […]

Rozpoczął się atak. Niemcy nacierali uporczywie. Gwałtowne ataki wyczuwało się po zmasowanym ogniu raz na jednym, to na innym odcinku obrony. Artyleria coraz celniej zaczęła wstrzeliwać się w pozycje obronne partyzantów. Wtedy ujrzeliśmy unoszące się nad lasem kolorowe rakiety. Wystrzeliwało je dowództwo partyzanckie. Wykorzystano zdobyte w dniu wczorajszym plany łączności oddziałów niemieckich biorących udział w akcji. Znajdowały się w raportówce majora jadącego wozem opancerzonym, zlikwidowanego pod Szklarnią. Rakietami tymi przedłużono ogień artyleryjski. W efekcie pociski przelatując nad pozycjami partyzanckimi, rozrywały się po przeciwnej stronie pierścienia okrążającego. Niosły śmierć i zniszczenie swoim. Trzeba było przerwać ogień. Czas biegł i działał na naszą korzyść. Oto jak wspomina ten czas „Murzyn” Antoni Nowosad: „Byłem w odwodzie przy sztabie zgrupowania partyzanckiego. Mijały kwadranse. Czas biegł coraz szybciej! Czekałem kiedy nastąpi atak… Gdzieś chyba około 6-tej usłyszałem dalekie serie huków przypominających odkorkowanie gigantycznych butelek. Począł narastać z nieba gwizd, który, wydawało mi się, zbliżał się prosto na mnie! … To niemieckie moździerze i artyleria rozpoczęły swój koncert. Za chwilę ciężko jęknęła ziemia i dygotać zaczęła rwana na strzępy. Powietrze wirowało od gwizdu i szumu pocisków… Ze szkolenia artyleryjskiego w podchorążówce wiedziałem, że to jest „nawała ogniowa”. Na stanowiska nasze zwaliły się tony stali, buchając gejzerami piasku, darni, odłamków druzgotanych drzew. Nawała, rolująca nasze stanowiska we wszystkich kierunkach, trwała dość długo – wydawało mi się, że trwa prawie dwie godziny. Przywarci do ścian okopów, zasypywani co chwila ziemią – trwaliśmy i czuwali… I dziwna rzecz. […] Wróg zapewne sądził, że po tak druzgocącym ogniowym przygotowaniu, jednym uderzeniem zetrze wszystkie oddziały w proch. Ruszyło pierwsze hitlerowskie natarcie. Niemcy półpijani, z zawiniętymi rękawami, jak rzeźnicy, szli gęstymi tyralierami pewni zwycięstwa”. 

Kol. Edward Żakiewicz ps. „Błyskawica” dzień 14 czerwca 1944 r. tak opisuje: „Światło! Dziwny to był poranek. Zwykle rano słyszało się śpiew ptaków. Tym razem panowała olbrzymia cisza. Drzemaliśmy na swoich stanowiskach w pogotowiu bojowym czekaliśmy już przygotowani na wroga, na hitlerowców. Naraz lasem zatrzęsło. Huk dział i rozrywających się pocisków, łamiących się obok gałęzi drzew sosnowych. Nie wiem, jak to długo trwało. Nastąpiło natarcie piechoty. Szli butni – w hełmach, w żabim stroju. Zauważono, że mają na jednej ręce zawinięty do łokcia rękaw, chyba po to, żeby mogli się odróżnić od partyzantów, którzy mając wiele zdobycznych mundurów niemieckich byli podobnie ubrani. Szli i strzelali w naszym kierunku, jakby prowokując nas, nie licząc na rychłe spotkanie z nami. Kule gwizdały nad naszymi głowami, a my przytuleni do matki-ziemi czekaliśmy. Ze wszystkich stron w promieniu kilku kilometrów słychać potężną strzelaninę. Oddziały partyzanckie odpierały ataki wroga. Niemcy przyjęci huraganowym ogniem z naszej strony przypadli do ziemi, nie dawali za wygraną. Pijani, ponawiali atak za atakiem, parli do przodu. Ile tych ataków było w ciągu dnia – nie liczyłem…

Obok mnie strzelał z karabinu maszynowego pchor. „Słowian”. W czasie ataku zaciął mu się karabin (nie wyskoczyła łuska) krzyczy: strzelaj, bez przerwy aż usunę zacięcie!… a faszyści tuż, tuż… kończy mi się amunicja… w tym momencie poczułem ulgę, gdy odezwał się obok rkm „Słowiana”. To powstrzymało nacierających Niemców – atak znów został odparty”. 

 

Dalej relacjonuje „Murzyn”:

„Uderzenie niemieckie, złożone z kilku linii zaprawionych w bojach żołdaków, do tego upojonych wódką, jest potężne, następuje pierwsze włamanie w pozycje partyzanckie na styku I Brygady Armii Ludowej i Brygady Wandy Wasilewskiej. Lecz dowództwo czuwa i do kontruderzenia rusza grupa szturmowa por. „Przepiórki”. Wspaniałym atakiem wyrzuca ona nieprzyjaciela. Niemcy cofając się na pozycje wyjściowe, zostawiają na placu boju wielu zabitych.

I znowu nawała artyleryjska i znów natarcie Niemców… Osnuty czarnymi wstęgami dymu, rozjaśniany błyskawicami rozrywanych pocisków artyleryjskich, krwawymi płomieniami zaczyna palić się las… Wykwitają gejzery wybuchów… Nasze stanowiska milczą… Wtuleni w okopy trwamy… Wreszcie przycicha ogień artyleryjski i moździerzowy. Po chwili ponownie rusza na nas niemiecka i kałmucka piechota tyralierą… podpuszczając na bliską odległość, wychylamy gałązkami choiny i traw przystrojone głowy z okopów, witamy skutecznym ogniem „nieproszonych gości”, którzy zostawiając zabitych i rannych kameradów, wycofują się. I znowu natarcie załamało się!

Nastąpiła cisza, a za chwilę znów odezwał się zgiełk bitewny. Po paru minutach wymiany ognia z obu stron usłyszałem jęk motorów. Poznałem, to „Stukasy”! Dym przesłaniał ich srebrzyste sylwetki. Gdzieniegdzie tylko zdążono rozrzucić białe płachty, gdy spadły pierwsze bomby. I znowu ziemia zajęczała! Nad lasem wyrósł świeży pióropusz dymu… kiedy zatoczywszy krąg – samoloty zbliżały się do nowego ataku, przywitały go zewsząd białe rakiety. Strzelali Niemcy, by wskazać lotnikom właściwy cel, a z naszych pozycji strzelano, by zmylić Niemców. Znając umowne sygnały wroga, mogliśmy w ten sposób wprowadzić lotników dziewięciu maszyn w błąd. Niecelnie zrzucane bomby na odcinku mjr. Czepigi wywołały ze strony niemieckiej, serię rakiet czerwonych, oznaczających, że zbombardowano własne pozycje. Nowy krąg samolotów i nowy fajerwerk rakiet opadających we wszystkich kierunkach… tym razem żaden z pilotów nie odważył się zrzucić śmiercionośnego ładunku. Odlecieli niebawem, nie wypełniając zadania! Mijały kwadranse… Ataki hitlerowców na wszystkich odcinkach były odpierane. Ponosili przy tym znaczne straty w zabitych i rannych”. […]

Niedługo się cieszyliśmy. Nieprzyjaciel nie dawał za wygraną, atakował, a nawet uzyskiwał pozytywne rezultaty, wbijając się klinem w stanowiska obronne. Zdobył nawet dość duży teren. Na naszym odcinku spokojnie. Wtem biegnie łącznik do „Konara”, ustnie przekazuje mu meldunek i odbiega. „Konar”, zwracając się do nas, znajdujących się w pobliżu krzyknął: „chłopcy za mną!” Biegniemy za nim ku środkowi zgrupowania. Dołączamy do biegnących w tym samym kierunku odwodów. Nie wiem, co to ma znaczyć? Czyżby klęska i ratujemy się ucieczką?! Nie, wyjaśnia się. Dowództwo obrony wykorzystało nas do likwidacji wyłomu dokonanego prze wroga. W większości jak się potem okazało dokonali tego Kałmucy. Pijani parli do przodu. Broniący się partyzanci nie wytrzymali naporu, cofali się, co jeszcze bardziej ich rozzuchwaliło. […] Biegniemy szeroką tyralierą. Przed nami jawi się jeden z dowódców. Prowadzi nas do ataku. Biegniemy, głośnym „hurra” dodajemy sobie otuchy. Widzimy przed sobą uciekających. W biegu seriami z pepesz strzelamy przed siebie, likwidujemy przeciwnika, który ścieląc trupem, w popłochu ucieka przed naszym naporem. Tylko nielicznym udało się zbiec. Odwodami obsadzono odzyskane stanowisko linii obronnej.

„Błyskawica” wspomina: „Słońce już zachodziło, czerwcowy dzień dobiegał końca, gdy nagle dotarła wieść, że Niemcy wdarli się znów w nasze pozycje obronne. Parli w sam środek zgrupowania, gdzie było dowództwo, szpital z rannymi, oraz miejscowa ludność, która schroniła się w lesie przy partyzantach. Bardzo zmęczeni i wyczerpani nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, głodni, uderzyliśmy z jakąś furią. Rozgorzała walka na śmierć i życie… Szliśmy i strzelali, nikt się nie chował… Widzę pada jeden, a potem drugi kolega, a my ciągle idziemy naprzód i strzelamy bez pardonu. Jakaś nieznana siła pchała nas do przodu. Wróg został zatrzymany, następnie zepchnięty na poprzednie stanowiska. Odzyskaliśmy utracony teren”.

W naszym oddziale znalazła się część partyzantów z oddziału „Kmicica” pod dowództwem dwóch oficerów: „Poraja” i „Wieży”. 

„Hanka” relacjonuje: „Podobnie jak przy poprzednich szturmach i przy tym nie odbyło się bez sytuacji krytycznych, gdy chodzi o obrońców. W pewnej chwili Niemcy odepchnęli naszych do środka – groziło przerwaniem linii obronnych i rzezią partyzantów. Ale nie trwało to długo, bo nasi chłopcy pod dowództwem „Konara” i „Muchy”, krzycząc „Hurra” i „wpierod” ruszyli do kontrataku, zadając cios pijanym Kałmukom – odbili przed chwilą germańską łapą wydartą ziemię, odzyskali utracone pozycje.

Ileż w tym dniu było odwagi w tych ludziach, śmiałych wyczynów, rozważnej brawury, ilu cichych bohaterów! […]

Jesteśmy na swoim miejscu i wśród swoich. Leżąc na swoich stanowiskach bojowych komentujemy ostatnio przeżyte chwile, powoli opanowujemy nerwy, nadszarpnięte atakiem. Wraca spokój, a zarazem rozpiera nas duma z wykonanego z honorem zadania, z odniesionego skromnego, bo skromnego, ale przecież zwycięstwa. Na naszym odcinku Niemcy nie atakują. Toteż „Konar” wysyła mnie na czele patrolu na rozpoznanie przedpola. Otrzymuję dziesięciu chłopców. Na szperaczy ochotniczo zgłaszają się: „Góral” i „Gruszka”, którzy przed chwilą wrócili z nami. Obaj z Niska. Chyłkiem przebywamy znajdującą się przed nami przestrzeń porośniętą młodą, kilkuletnią zaledwie sadzonką sosnową. Wchodzimy w niewielki las, o grubości pni na wysokości piersi dochodzącej do piętnastu centymetrów, pozbawiony jakiegokolwiek podszycia. […] Zachowując jeszcze większą ostrożność posuwamy się do przodu. Szperacze zatrzymują się, nasłuchują, dają mi znak, że coś słyszą. Podchodzę do nich. Nasłuchujemy… serce bije mocniej. Podchodzimy parę kroków do przodu, niewidoczni, ale i nic nie widzący przed sobą, najwyraźniej słyszymy niemieckie głosy, niemiecką komendę.

Zatem Niemcy są! Głosy dochodzą z różnych kierunków. Są rozstawieni nie dalej, jak trzydzieści do pięćdziesięciu metrów. Wycofujemy się. Drogę powrotną pokonujemy o wiele szybciej. Melduję „Konarowi” i analizujemy sytuację. Prawdopodobnie Niemcy liczyli, że partyzanci atakowani z przeciwnej strony, nie wytrzymają naporu, będą się cofać, a okopani w dogodnym dla siebie miejscu Niemcy będą nas kosić przy zbliżeniu i przekraczaniu linii zasadzki. […] Walka trwa. Potężna fala wybuchów granatów, zmieszana z seriami karabinów i pistoletów maszynowych – to się wzmaga, to cichnie, raz z jednej to z innej strony, świadczy, że Niemcy nie rezygnują, atakują bez przerwy. Za wszelką cenę pragną zdobyć tą naturalną fortecę. Zdobyć i zniszczyć, za jednym razem, tak duże skupisko partyzantów. To byłby nie lada sukces! Jak na razie – bez skutku. 

[…] Było już dobrze ciemno, gdy „Konar” powrócił z narady. Podzielił się z nami wiadomościami. Drogą radiową nawiązano kontakt ze sztabem partyzanckim w Kijowie, zażądano pomocy. Niestety! W odpowiedzi usłyszeli, że „jest was tak dużo i dobrze uzbrojonych, musicie liczyć tylko na własne siły. Pomocy nie dostaniecie!” Prokopiuk wezwał dowódców na naradę. Decyzję należało podjąć szybko, bo noc czerwcowa krótka. Mało czasu pozostaje na manewr taktyczny. Decyzja zapada jednogłośnie. Należy się przebijać i za wszelką cenę wyjść nocą z okrążenia. Teren jest przez Niemców dobrze rozpoznany i w następnym dniu może być narażony na użycie zmasowanych ataków lotnictwa, artylerii i broni pancernej. Żołnierze niemieccy być może otrzymają posiłki w żywej sile, świeże dostawy amunicji. A my? […] Cały teren walki pokryty był dymem z wybuchów pocisków, palącego się igliwia, traw i ściółki leśnej, jak również świec dymnych, pod osłoną których Niemcy i ich sojusznicy Kałmucy, atakowali zawzięcie, choć nieskutecznie. Mimo ciemności słychać było strzały, których niewielka częstotliwość wskazywała, że jest to ogień wzajemnie nękający, zmuszający tak jedną, jak i drugą stronę do ciągłego czuwania, do wzajemnego wymęczenia. Wysyłane patrole wyszukiwały luki w niemieckim pierścieniu. Gdy około północy przygotowane do wyjścia oddziały ruszyły w drogę w kierunku wsi Kiszki i Uście, przez cały czas słychać było strzały. […]

Po przekroczeniu rzeki Bukowej, ciągle strzelając, wychodziliśmy poza drugi pierścień okrążenia. Poza wsią, znaleźliśmy się na terenie, na którym już nie obowiązywała zasada podległości dowództwu ogólnemu okrążonych oddziałów, na czele z pułkownikiem Prokopiukiem. Tu każdy dowódca oddziału podejmował decyzje i prowadził swoich żołnierzy tam, gdzie uważał za stosowne. Razem doszliśmy do miejscowości Szeliga-Ciosmy. Głodni, zmęczeni, mokrzy, gdyż przez całą drogę mżył drobny deszcz, odpoczywaliśmy rozmieszczeni po domach. W pewnym momencie, od strony Bukowa pokazały się konne patrole wroga, które ostrzelane, wycofały się. Niedługo potem od strony Huty Krzeszowskiej pojawił się nagle oddział kawalerii Kałmuków, ze zgrupowania Dolla, współpracującego z Niemcami. Wywiązała się zwycięska dla nas walka. Znaczna większość oddziałów ruszyła w rejon wsi Budziarze z zamiarem dotarcia do Puszczy Solskiej, zaś my oderwaliśmy się od ogólnego nurtu wychodzenia z okrążenia. Skierowaliśmy się ku wysepce ocalenia.

Wspomnienie Władysława Nycza ps. „Sokół”, „Ewa”

żołnierza Obwodu AK Rzeszów Placówki Strzyżów

Urodziłem się dnia 30.XI 1922 r. w Ostrowie pow. Kowel, woj. Wołyńskie. Ojciec jako Legionista otrzymał ziemię – 21 ha. W związku z częstymi napadami na nas przez Ukraińców i podpaleniem budynków w 1937 r. przeprowadziliśmy się do Krasnego, potem do Rzeszowa, a następnie do Dobrzechowa, gdzie przeżyłem okupację. Ja uczęszczałem do gimnazjum i Liceum Handlowego w Strzyżowie i należałem tam do Harcerstwa „Szare Szeregi”. 

W 1943 r. zostałem przyjęty do Szeregów AK w Dobrzechowie, placówka Strzyżów. Przysięgę złożyłem przed dowódcą plutonu AK placówki Strzyżów Bolesławem Indykiem ps. „Iperyk”, otrzymałem ps. „Sokół”. Zostałem przeszkolony i po miesiącu przydzielono mnie do oddziału dywersyjnego „rakieta”, którym dowodził Roman Dziadek ps. „Kos”. Po tragicznej śmierci por. „Kosa”, dowództwo przejął Bolek Indyk ps. „Iperyk”. 

Jako szeregowy brałem w akcjach dużego i małego sabotażu, a od maja 1944 r. w akcjach dywersyjnych. Uczestniczyłem też w akcji „Burza”, która zaczęła się 26 maja 1944r. w walkach z Niemcami na przedmieściu Strzyżowa. Byliśmy w Żarnowej, skąd po ostrzelaniu pociągu wszyscy wycofali się do Łętowni, gdzie na folwarku inż. Konopki ps. „Benedykt” było główne zgrupowanie AK. Mnie i Staszka Świerada ps. „Kluczyk”, Józef Hałas ps. „Zdzisław” wysłał do Łętowni z wiadomością, że w Strzyżowie znajdują się dwie tankietki niemieckie, które mogą być użyte przeciw partyzantom. Idziemy, a one już jadą w stronę Łętowni. Przy stole stał Konopka i strzelał z RKMu do Niemców. Został ranny i chłopcy zabrali go do lasu, gdzie też wszyscy uciekli. Wzięliśmy ze Świeradem RKM i zanieśliśmy do Grodziska do Władyków, gdzie ukrywał się Bolek Indyk chory na tyfus, po odbiciu go z rąk niemieckich w Niebylcu. Bolek po powrocie do zdrowia nie wrócił już do walki. Zresztą sytuacja się już zmieniła, weszli Sowieci. 

W styczniu 1946 r. po rozwiązaniu AK skierował do mnie Józef Betleja ps. „Bałtyk” Tadeusza Pleśniaka, któremu towarzyszył Eugeniusz Sikorski ps. „Janka”. Pleśniak mający kilka pseudonimów „Żbik”, „Zośka”, a wówczas „Gad”, był szefem kolportażu prasy WiN na okręg rzeszowski. Zamieszkał u mnie. Po zaprzysiężeniu przez Pleśniaka, któremu wyrobiłem dowód osobisty na nazwisko Męczyński Antoni, przyjąłem nowy pseudonim „Ewa”, od imienia mojej małej córeczki. Na polecenie Pleśniaka zawierałem znajomości w Prokuraturze i WUBP w Rzeszowie, by móc interweniować w sprawach akowców i Winowców. Miałem kontakt z prokuratorem Pokrzywką, przyjeżdżał do mnie do Dobrzechowa. Pochodził z rodziny znanego pilota RWD i potem został on razem z nami aresztowany. Powierzono mi też funkcję kolportera gazetki „Ku wolności”, pisanie na matrycach odbywało się u Jarmulskiej-Inglotowej w Rzeszowie oraz u mnie, natomiast powielanie do połowy 1947 r. w Wiśniowej. 

Łącznikiem między Rzeszowem – Dobrzechowem i Wiśniową był Eugeniusz Sikorski ps. „Janka”, adwokat Daniec ze Strzyżowa dał maszyny do pisania (po AK), a powielacz dostarczył Betleja. To on był kierownikiem komórki WiN w Dobrzechowie. Druga znajdowała się w Wiśniowej. W Dobrzechowie nie rozbudowywano WiN-u, bo chodziło o to, by nie wpadła maszyna drukarska, która znajdowała się u mnie. Pleśniak zresztą w mojej obecności zakazał Betleji wtajemniczania tutejszych akowców w sprawy WiN, aby nie zdekonspirować placówki kolportażu. Betleja to zeznał w śledztwie dzięki czemu uratował wielu chłopców z Dobrzechowa. Aresztowano mnie 9 stycznia 1948 r., w parę miesięcy po uwięzieniu Betleji. UB miało wszystkie akta u siebie, całą dokumentację członków i udział każdego w działalności w organizacji, kolportaż, składki itd. Wiedzieli wszystko. 

Po wpadce w Wiśniowej w połowie 1947 r. Pleśniak wyjechał do Kłodzka, gdzie go aresztowano 16 grudnia 1947 r. Na rozprawie we wrześniu 1948 r. dostał karę śmierci i rozstrzelano go na zamku w Rzeszowie 17 stycznia 1949 r. o godz. 20 30. Grób Pleśniaka znajduje się obecnie na cmentarzu Pobitno. Wcześniej pochowany był jak wszyscy, na którym wykonano wyrok, na cmentarzu w Zwięczycy obok toru kolejowego. I ja po ciężkim śledztwie dostałem wyrok 13 lat więzienia. Inglotowa 5 lat. Karę odbywałem we Wronkach. Nocą wyprowadzili nas Zamku w Rzeszowie i pieszo w drewniakach szliśmy na stację kolejową, gdzie stały wagony z napisem UPA. Przywieźli nas do Wronek czterdziestu ośmiu i prawie tyle samo czekało tam na nas strażników z psami. Na podwórzu kazali nam się rozebrać do naga, niby to w celu rewizji, po czym z tobołem rzeczy zawiniętych w koc, trzymając go przed sobą, mieliśmy biec do budynku, jeden za drugim. W odstępach stali strażnicy, kopali nas i bili kluczami. Korytarzem tak biegliśmy na czwarte piętro. Posadzka korytarza byłą wymalowana w czarno-białe pasy. „Nie po czarnym”, krzyczeli strażnicy kopiąc więźniów, albo nie po białym, gdy więzień zmienił pas, znowu kopniak i uderzenia kluczami. Przede mną biegł Kocut (właściciel kawiarni na 3 Maja w Rzeszowie, gdzie obecnie mieści się kino „Zorza”, któremu wybito po drodze wszystkie zęby. Pokrwawieni wreszcie dopadliśmy do cel. Na drugi dzień chodził od celi do celi wychowawca politruk i pytał: „Co biliście się w wagonie?” Najbardziej pokrwawionych brali na pojedynkę, podleczyli i potem przydzielano do cel zbiorowych po pięć sześć osób, chociaż cele były czteroosobowe. W celi było jedno łóżko (przed wojną były to pojedynki), toteż spaliśmy na siennikach, na betonie. Był kibel, który co rano wystawiało się na korytarz oraz konwie z wodą. Gdy strażnik otwierał wizjer należało stać odwróconym tyłem do ściany. Podobnie wtedy, gdy wnoszono śniadanie czy inne posiłki. Strażnicy bardzo dokuczali więźniom i stosowali różne kary. Za przewinienie uważano np. kurz na półce. Kiedy ktoś się przeciwstawił strażnikowi, brali na pojedynkę i bili. Paczki, listy też odbierano za kary. Zabraniano też spaceru. Wielu strażników we Wronkach było komunistami polskimi wydalonymi z Francji po 1948 r. Powiedziano im, ze jesteśmy mordercami Ukraińcami, dlatego źle nas traktowali. 

W więzieniu długo siedziałem z Tadkiem Frączakiem. Ale na ogół więźniów stale przerzucano z celi do celi. To dobrze, bo by się ludzie pozabijali. Ciągłe nieporozumienia i kłótnie były skutkiem więziennej atmosfery. Z więzienia zostałem zwolniony warunkowo w 1955 r. Każdy, kto opuszczał więzienie, podpisywał u kierownika oświadczenie, że nic nie powie o tym co tu przeżył. Na karę trzynastu lat więzienia, utraty praw publicznych i obywatelskich, praw honorowych przez 5 lat oraz przepadek całego mienia zostałem skazany 8 września 1948 r. wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Rzeszowie z art. 86 par. 2 kodeksu karnego WP. i art. 6 dekretu z 13 czerwca 1946 r. Po latach, w zmienionych warunkach ustrojowych, Sąd Wojewódzki w Rzeszowie 28 lutego 1192 r. stwierdził nieważność wyroku i orzekł, że wówczas czyny były związane z działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego. Tak się składa, że moja obecna aktywność społeczna wiąże się z ową, już tak oddaloną dramatyczną młodością. Jestem skarbnikiem I Oddziału Światowego Związku Żołnierzy Amii Krajowej w Rzeszowie, członkiem Zrzeszenia WiN i Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego, należę do Harcerstwa „Szare Szeregi” w Rzeszowie. Można mnie zobaczyć stojącego w asyście obok sztandaru Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego na różnych podniosłych uroczystościach. W ostatnich latach otrzymałem kilka odznaczeń Krzyż Armii Krajowej, Krzyż Zrzeszenia WiN, Krzyż Partyzancki, Odznakę Pamiątkową Akcji „Burza”, Odznakę Związku Więźniów, Politycznych Okresu Stalinowskiego, ostatnio Krzyż Więźnia Politycznego, Kombatancki Krzyż Zasługi – Złoty Krzyż Zasługi i Krzyż Kawalerski – Order Odrodzenia Polski., Order Przelanej Krwi za Ojczyznę oraz Order Męczeństwa i Zwycięstwa. W 2007 r. Otrzymałem stopień Kapitana. 

Noszę w sobie pamięć tamtych dni terroru i walki, ofiary i cierpienia, pamięć o ludziach, którzy nie doczekali. Żyje teraźniejszością i cieszę się jej dobrami. Nie chciałbym jednak by przeżycia mojego pokolenia były przemilczane i nieobecne przy tworzeniu nowej Polski. Jestem przekonany, że wiedza o naszej walce i ofiarach musi docierać do świadomości ludzi młodych – nie dla naszej chwały czy zadośćuczynienia ale dla poznania pełnej prawdy o dziejach naszego narodu i dla nauki jaka płynie z historii, o której starożytni mówili, ze jest nauczycielką życia.

Treść Elementu